To była moja pierwsza myśl, gdy
o nim usłyszałam.
Mamy XXI wiek, wymyślono wygodne w użyciu szampony i
naprawdę się po nich nie łysieje. Przeciwnie, po odpowiednim, i jeszcze
odżywce i maseczce kosmyki wyglądają dobrze. Ale przecież nie jestem tak
zamknięta na nowości, żeby ich nie wypróbować. Nawet jeśli brzmią jak
nowinka z zamierzchłych czasów - bo mycie włosów mydłem kojarzyło mi się
z szorowaniem dzieci w drewnianej balii gdzieś na głębokiej wsi.
W
sklepie z mydłami do włosów uzyskałam wszystkie potrzebne informacje i
uznałam, że uczciwie będzie nie poprzestać na jednym myciu, lecz wyrobić
sobie opinie po całej serii. Nabyłam mydło w kostce – są też w płynie,
ale skoro ma być powrót do korzeni to musi być kostka. Poza tym fakt
faktem w płynnych mydłach jest więcej wody, emulgatorów i konserwantów, a
w kostce same czyste składniki roślinne. Mycie włosów mydłem wymagało
wiele cierpliwość, więcej dokładnego nacierania ich na całej długości,
ale to kwestia przyzwyczajenia. Potem szło już sprawniej, jednak taka
procedura na zabiegane poranki jak dla mnie odpada. Wieczorem można
pocelebrować. Najgorsze były płukanki z octu. Tak, są potrzebne, by
przywrócić kwaśne pH skóry i pozbyć się ewentualnych osadów. W końcu
mydło jest zdobione z olejów. Nie lubię po prostu zapachu octu. Choć
włosy były potem lśniące. I to bez odżywek i maseczek.
Plusem
było też to, że produkt jest krajowy, więc napędzam gospodarkę, choć z
drugiej strony taka kostka wystarcza na dużo dłużej niż szampon. Ale
tego mydła można używać też do całego ciała. Zaczynam się do niego
przyzwyczajać i w wolnym czasie lubię zatrzymać się w biegu na takie
zabiegi, bo okazuje się, że nie tylko moja skóra to polubiła, ale ja
też.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz